Zbrodnia katyńska, czyli jak Sowieci zamordowali ojca mieszkańca Oleśnicy

  • 16.02.2020, 08:51
  • Roman Rybak
Zbrodnia katyńska, czyli jak Sowieci zamordowali ojca mieszkańca Oleśnicy
Czy jeden człowiek może w życiu tak wiele doświadczyć? Stracić ojca w wieku kilku lat? Przeżyć wywózkę za Ural, głód i poniewierkę w sowchozie, trudny powrót do ojczyzny, śmierć dwojga swoich dzieci? I spotkanie z mogiłą, w której razem z tysiącami innych leży jego zamordowany ojciec? Długa, ale pasjonująca historia mieszkańca Oleśnicy Janusza Wąsowskiego i jego rodziny pokazuje, że siła życia jest w człowieku ogromna...

O Janie Wąsowskim syn rzadko mówi inaczej niż "ojczulek"... Życiowymi dramatami Wąsowskich, ich przygodami i losowymi zakrętami można obdzielić kilka rodzin...  

Bracia Wąsowscy idą do Legionów i walczą z bolszewikami

Jan Wąsowski przyszedł na świat w Żaboklikach 21 listopada 1898 roku. Był więc jeszcze nastolatkiem, kiedy wstąpił do Legionów formowanych przez Józefa Piłsudskiego. Czy w Legionach byli wszyscy czterej bracia Wąsowscy, tego tradycja rodzinna już w pamięci nie przechowała. Wiadomo natomiast, że cała czwórka - Julian, Władysław, Józef i najmłodszy Jan - walczyła z bolszewikami w 1921 roku i gnała ich aż pod Kijów. Władysław zaginął w nieznanych okolicznościach i nie odnaleziono jego ciała.

Po odparciu Sowietów i "Cudzie nad Wisłą" Jan Wąsowski zamieszkał w Siennicy (powiat Mińsk Mazowiecki). Skończył tu seminarium nauczycielskie i pracował jako nauczyciel. Potem podjął naukę w pomaturalnej szkole w Warszawie, w której uzyskał tytułu mierniczego przysięgłego. Wtedy przeniósł się na Kresy Wschodnie do Nowogródka. - A ponieważ starszy jego brat Julek, z którym był w Legionach, ożenił się właśnie tam, a jego żona miała siostrę, to ojczulek przyjechał i miał jak gdyby żonę "gotową" - śmieje się Janusz Wąsowski, syn Jana, mieszkaniec Oleśnicy. - Dwóch braci ożeniło się z dwiema siostrami...

Z Nadzieją Buśko Jan Wąsowski żeni się w 1933 roku. W Wigilię 1934 roku urodziła im się córka Barbara Krystyna, a 31 maja 1936 roku przyszedł na świat syn Janusz. Skąd to imię? Janusz występuje w kalendarzu raz w roku - ten dzień to data urodzin jego ojca. - Gdybyśmy dożyli, to byśmy razem świętowali: on jubileusze, a ja imieniny, ale niestety, nie dało się... - mówi ze łzami wzruszenia pan Janusz...

W 1935 roku Nowogródek zostaje miastem wojewódzkim. Jan Wąsowski zakłada kancelarię mierniczą, zatrudnia do 5 pracowników. Jego teść miał na przedmieściach ponad 30 hektarów, całą niemal ulicę Kolejową. Na jego gruntach wybudowano m.in. szpital. Był w banku skarbnikiem, a jednocześnie prowadził dużą gospodarkę. Pracowali na niej parobkowie, był nowoczesny sprzęt, on sam na roli nie pracował. A jak się ktoś z rodziny miał budować, to wydzielał mu parcelę.

Jan Wąsowski mieszkał najpierw u brata, potem rodzina przeniosła się do wybudowanego na parceli teścia domu. Był rok 1938. - Ojczulka brakowało w domu, bo pracował często w terenie, miał dużo zajęcia, ale zarabiał nieźle, ponad 1000 złotych miesięcznie - wspomina pan Janusz.  

Żyje im się dobrze, dzieci mają swoją niańkę i beztroskie dzieciństwo. Na wakacje rodzina wyjeżdża na wczasy do Jastarni.

Sielskie życie Wąsowskich przerywa wojna

Ten sielankowy obraz nagle brutalnie przerywa wojna. - Pamiętam, jak mama biegnie, udaje jej się jeszcze dopędzić wojskowe transporty, które są już bombardowane, szuka młodszego brata, znajduje go, odszukuje też ojca. Żegnają się - opowiada syn. - Ostatni raz widzimy się, kiedy ojciec przechodził razem z frontem gdzieś koło Nowogródka. Pamiętam poranny brzask. Przyszedł do nas. Siostra spała. Mieliśmy takie białe łóżeczka. Wziął mnie na ręce, bo ja nie spałem i ostatni raz pocałował...

Jan Wąsowski był oficerem rezerwy, prowadził nawet klub oficerski w Nowogródku, bo w mieście były koszary. Jeszcze przed 1 września został zmobilizowany. Jest porucznikiem. Najprawdopodobniej w wojskach łącznościowych, w 79 pułku piechoty. Brat Julian walczy w 78 pułku. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach bracia dostali się do niewoli sowieckiej.

Razem z tysiącami innych polskich żołnierzy jest pędzony w głąb Rosji Sowieckiej. - Tak się złożyło, że z ojcem w jednej grupie szedł jego dawny kreślarz - mówi Janusz Wąsowski. - Opowiadał, jak byli w stodołach zamykani, jak dopiero jak po 3 tygodniach pozwolili im się ogolić. I wtedy dopiero poznali się z ojcem, mimo że wcześniej już się widzieli, ale nie poznali, bo tak byli tak zarośnięci i zaniedbani.

Kreślarz, jak i inni szeregowcy, został przez Rosjan wypuszczony. Dotarł do Nowogródka chory i opuchnięty. On pierwszy przyniósł wiadomość o niewoli porucznika Wąsowskiego. Niedługo potem (listopad 1939 roku) rodzina otrzymuje pocztówkę. Jan Wąsowski pisze ze Starobielska.

Następna kartka jest pisana 15 grudnia. Ojciec życzy rodzinie wesołych świąt, a ponieważ córka Basia urodziła się w Wigilię, więc do niej są skierowane specjalne życzenia. Ale do rodziny docierają dopiero 3 stycznia. Kartka adresowana jest: "Starobielsk Pocztowy Jaszczyk nr 15".

Kolejna jest pisana w lutym, a czwarta, ostatnia, w marcu. Wynika z tego, że pozwalano pisać jedną kartkę na miesiąc. Niestety, pocztówki rodzinie zaginęły, wypożyczone już w wolnej Polsce na jakąś wystawę...

- Ojczulek pisał, żeby przysłać ciepłą odzież, bo jest bardzo zimno. Wysyłamy, ale paczka nie doszła, bo w następnej kartce ponawia prośbę. Pisze też, żeby nie przysyłać pieniędzy, bo początkowo mama przysyłała pieniądze. Pisze, że coś słyszał, że chyba wywiozą oficerów na Sybir - wspomina jego syn.

Jak w ciemnej celi umierał porucznik Wąsowski...

Do rodziny dociera też przeszmuglowany przez jeńców, których Rosjanie wymieniali z Niemcami, zestaw nazwisk oficerów ze Starobielska. Widnieje tu nazwisko porucznika Wąsowskiego. Obok adres człowieka, którego należy o tym powiadomić. Porucznik wpisał tu Michała Kosińskiego z Rembertowa, szwagra. Nie żonę, nie najbliższą rodzinę, bo obawiał się wobec nich sowieckich represji...

Już wiosną 1940 roku zaczynają dochodzić do Nowogródka wieści, dzisiaj powiedzielibyśmy - nieoficjalne - że polskich oficerów zamordowano. Kiedy rodzina jechała wywożona do Rosji, miała już świadomość, że ojca najprawdopodobniej zabito. - Kilka lat później pojawiła się pogłoska, że na Morzu Północnym Rosjanie wywożą dwie barki załadowane polskimi oficerami i zatapiają - przypomina sobie pan Janusz. Ale mało kto w to wierzy...

Niemal oficjalne wieści zaczęły się pojawiać w 1943 roku, kiedy groby odkryli Niemcy. A właściwie polscy robotnicy, którzy wiedzieli, że w Katyniu leżą polscy żołnierze, i wskazali je. - Po wielu latach okazało się, że z ojcem siedziało m.in. dwóch oficerów, którym udało się uratować

- Józef Czapski, wtedy porucznik, potem znakomity malarz, mieszkający w Paryżu, oraz Zygmunt Berling, wtedy podpułkownik, późniejszy generał Ludowego Wojska Polskiego - mówi syn legionisty. - Czytałem pamiętniki Berlinga, który opisuje, w jaki sposób się uratował. Była ankieta rozpisana przed samym "rozwiązaniem" obozu, z pytaniem" "Gdzie byś chciał być, jeżeli obóz zostanie rozwiązany: na terenach niemieckich, polskich, czy Związku Radzieckiego". I ci wszyscy, którzy  napisali, że na terenach Związku Radzieckiego, przynajmniej tak twierdzi Berling, a było ich 68, uratowali się...

Dodajmy jednak, że obecnie historycy maja dowody, iż Berling i ta niewielka część polskich oficerów zdecydował się na współpracę z NKWD i dlatego została z obozu wyciągnięta.

Na pytania gdzie i jak zginął porucznik Wąsowski, odpowiedzi rodzina doczekała się dopiero po odzyskaniu przez Polskę pełnej suwerenności. - Po 1990 roku już wyszło, że w Charkowie na przedmieściu coś się z oficerami działo. Wyszło, że przewozili ich do Charkowa wagonami i wysadzali w więzieniu KGB - mówi syn zamordowanego.

Jak umierał dawny legionista Piłsudskiego? On i jego koledzy byli wieczorem sprowadzani z cel pojedynczo do dużej sali. Siedział w niej Rosjanin, który udawał wojskowego prokuratora. Sprawdzał imię, nazwisko, stopień i imię ojca. Jeżeli się zgadzało z tym, co mieli w papierach, to sowieccy żołnierze wiązali z tyłu ręce i wprowadzali oficera do następnego pomieszczenia. W nim, schowany w ciemnościach, stał kat i strzelał Polakom w tył głowy. Potem ciało wyrzucano przez okno, wrzucano z głowami obwiązanymi płaszczem do samochodu i w nocy wywożono na Piatichatki - przedmieście Charkowa. Tam wsypywano ciała do kolejnych dołów....

W Charkowie zamordowano 3.739 jeńców z obozu starobielskiego.

ZBRODNIA KATYŃSKA
Zbrodnia katyńska to wymordowanie na mocy decyzji Biura Politycznego ZSRR przez NKWD na wiosnę 1940 roku nie mniej niż 21.768 obywateli polskich – jeńców wojennych osadzonych w specjalnych obozach jenieckich NKWD w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz osób cywilnych, aresztowanych i osadzonych w więzieniach na terenie okupowanych przez ZSRR Kresów Wschodnich. Ofiary zbrodni stalinowskiej zostały pogrzebane w zbiorowych mogiłach – w Katyniu, Miednoje, Piatichatkach na przedmieściu Charkowa i w przypadku 7 tysięcy ofiar w innych nieznanych miejscach. Zbrodnia, ze względu na jej ideologiczne umotywowanie względami klasowymi, a faktycznie narodowymi oraz masowość, jest według oceny prawnej Głównej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu  uznawana za ludobójstwo (zbrodnię przeciwko ludzkości). W sprawie tej jest od 30 listopada 2004 prowadzone śledztwo. Polska ocena prawna zbrodni jest odrzucana przez Rosję. Jest to prawdopodobnie powodowane obawami, że takie uznanie umożliwiłoby żądanie odszkodowań dla rodzin ofiar, a sprawcy zbrodni nie mogliby być chronieni przedawnieniem.


Rodzina Wąsowskich rusza na nieludzką tułaczkę

Kiedy porucznika Wąsowskiego mordowano w Charkowie, jego rodzinny Nowogródek jest już opanowany przez Rosjan. W domu rodzinnym zamieszkuje sowiecki lejtnant. - Dosyć fajny facet, zaraz mi tę wielką swoją czapkę zakładał, szable przypinał... - wspomina Janusz Wąsowski.
Ale w mieście coraz głośniejsze są pogłoski, że będą wywózki. I któregoś dnia brat pani Wąsowskiej przychodzi do jej domu pod nieobecność lejtnanta, otwiera szafę i razem z siostrą wyjmują futra jej, jej męża i chowają. - Te futra potem ratowały nam życie, kiedy wymienialiśmy je na jedzenie - wspomina pan Janusz. - A i na inne rzeczy, na przeżycie po prostu.

Potem bowiem Sowieci szafę i dom splądrowali, a w nocy z 12 na 13 kwietnia w domu Wąsowskich rozlega się łomot do drzwi. I rozkaz, żeby w ciągu pół godziny spakować się, bo będą ich wywozić...

To transport samych kobiet z dziećmi. Według historyków największa wywózka - do Rosji wyruszyło  320 tysięcy osób. - Tak się trafiło, że wylądowaliśmy w jednym wagonie z siostrą mamy, która miała trzech synów, oraz z bratową Buśko i jej dwiema dziewczynkami. Te trzy rodziny zostały ulokowane na jednej górnej półce wagonu - wspomina mieszkaniec Oleśnicy.

Wagon jest zamknięty. Zatrzymuje się po 4 - 5 dniach. Jest tylko otworek w podłodze, do niego załatwia się fizjologiczne potrzeby. Na pierwszym przystanku na cały wagon przydzielono wiadro kaszy jaglanej, polanej łychą oleju. - Pamiętam, że tego pierwszego jedzenia nie wzięliśmy, bo  dziadek, który spodziewał się wywózki, poszył dla nas worki ze skór baranich związanych na ramionach i nasuszył do nich sporo chleba - mówi J. Wąsowski.

Trzy tygodnie rodzina Wąsowskich jedzie za Ural. Dociera do stacji Akczubińsk. Na ciężarówki Sowieci załadowują po kilka rodzin i rozwożą po kołchozach. Mieszkań nie dają. Każdy na swoją rękę musi znaleźć sobie miejsce do spania i życia. – Widzieliśmy tylko step, step i step… Było strasznie ciężko, a takich historii, że były dni, kiedy z siostrą padaliśmy na podłogę, ryczeliśmy i wołaliśmy ojca, nie chcę nawet opowiadać - mówi wzruszony oleśniczanin.

Jak się uratować, ale nie zostawić rodziny?

Kiedy Jan Wąsowski jest mordowany w Charkowie, a jego rodzina jest już za Uralem, żyje wciąż w obozie jenieckim jego brat Julian. Przed wojną był policjantem. Wzięty do niewoli, został internowany z innymi policjantami w Wilnie. Jest ich 2.500 tysiąca. Kiedy Rosjanie wystrzelali wszystkich z obozu kozielskiego w Katyniu, to właśnie tych polskich policjantów przerzucają do obozu kozielskiego - to tzw. Kozielsk II. Kiedy polski rząd emigracyjny podpisał porozumienie z Rosjanami (układ Sikorski - Majski), policjanci są już przewiezieni na półwysep Kola. Tam budowali drogi i lotniska. I tam zastała ich amnestia.

Julian Wąsowski wstępuje zaraz w szeregi armii Andersa. Ma prawo do zabrania swojej rodziny, bo z wojskiem Andersa wywożono wielu cywilów. Wąsowski dostaje tygodniowy urlop i gna co sił do sowchozu, w którym jest jego rodzina. - Mamą z ciocią były akurat w stepie. Była zima. I nagle podjeżdża stryjek... - wspomina, znów nie kryjąc łez, Janusz Wąsowski. -

Chcąc od razu im ulżyć, pomaga w załadunku zwożonego na saniach siana. I odmraża sobie nogi przy okazji...

Potem rodzina siada do narady. Jest trudna, bo Julian może zabrać tylko swoją rodzinę. Żona brata z dziećmi musi zostać. - My byliśmy młodsi, więc i ciocia, i stryjek bali się strasznie, że nie damy sobie rady. Że poumieramy z głodu, z mrozu - mówi nasz rozmówca.

Dla Juliana nie jest to łatwa decyzja, ale rodziny postanawiają się nie rozdzielać. Kobiety z dziećmi zostają. Mężczyzna wraca do Andersa sam...

Po pewnym czasie niespodziewanie jakiś Karol Wąsowski przysyła z kolei zaproszenie dla rodziny Jana Wąsowskiego i nawet 50 rubli na drogę. I wzywa ich do Andersa. Spekulowano, że był to ktoś, kto znał rodzinę Wąsowskich, z dokumentów wiedział, że są właśnie w tym sowchozie, a ponieważ być może nie miał swojej rodziny, więc podawał się za ojca pana Janusza (pomylił jednak imię) i chciał uratować dawnych znajomych.

- Ale tym razem to ciocia nie pojechałaby z nami, więc nie było mowy, żebyśmy jechali - mówi syn polskiego oficera. - Cóż, ci którzy z Andersem wyszli, znacznie krócej przebywali na tych nieludzkich terenach. My zostaliśmy tam prawie do końca wojny... - 

Późną jesienią 1944 roku polskie rodziny, których ojcowie są w wojsku, na froncie, dostają kolejną szansę powrotu z tej nieludzkiej ziemi. - Myśmy myśleli, że powrotu do Polski. A oni wywozili na Ukrainę... - mówi Janusz Wąsowski. - Teraz jednak moglibyśmy jechać znowu tylko my, bo mama zawsze podawała, że ojciec jest oficerem, porucznikiem, że walczy z Niemcami. A ciocia nie pojechałaby, bo Sowieci nie uwzględniali andersowców. Ciocia tak była rozstrojona, że o mało nie rzuciła się pod pociąg... I znowu zostaliśmy razem.

W końcu Wąsowscy wpadają na pomysł. Przecież obie rodziny noszą to samo nazwisko, a obie kobiety są z domu Buśko! Udaje się tak sfałszować papiery, że powstaje jedna karta i wszyscy figurują już jako jedna wielka rodzina...

I w końcu razem ruszają w drogę powrotną. Jadą otwartymi wagonami, węglarkami bez dachu. Leje deszcz. Kiedy pociąg staje, ludzie łamią pobliskie drzewa i przykrywają wagony. Pociąg zatrzymuje się w Żukowie na Ukrainie. Polacy nie chcą wysiadać. Chcą do ojczyzny.

Poirytowani Rosjanie w końcu odczepiają wagon... Wąsowscy docierają do Lwowa. Potem do Przemyśla. Potem znowu zostają zawróceni do Lwowa. - Tam mieliśmy tylko dach nad głową, żadnego jedzenia - opowiada syn legionisty. - Nasze mamy za resztę rubli na targowicy kupowały porwane swetry, resztki odzieży i przerabiały je na rękawice, skarpety, sprzedawały i w ten sposób mieliśmy co jeść.

Po 2 miesiącach siedzenia we Lwowie, spania w wielkiej sali, w której garściami można było łapać wszy, Wąsowscy zostają przewiezieni do Krakowa. Potem do Warszawy. A potem rozpoczyna się  ich wielomiesięczna tułaczka po różnych miastach Polski. Rodzinę losy rzucają do Mińska Mazowieckiego, gdzie dołącza do niej Julian Wąsowski, który wrócił z armii Andersa, potem do Chełmży koło Torunia, znanych z bitwy Kościuszki Szczekocin, Świeradowa, a w końcu do Grajewa koło Ełku. Tam Julian Wąsowski zostaje zastępca dyrektora banku. Wydawało się, że to już koniec tułaczki. Ale zaczyna się nagonka na dawnych żołnierzy armii Andersa. Żeby uniknąć więzienia, Julian musi uciekać. Jego rodzina trafia do Rembertowa pod Warszawą.

Janusz Wąsowski i jego siostra zostają w Grajewie. Tam Janusz kończy szkołę podstawową i wyjeżdża do Wrocławia. Tu kończy Technikum Budowy Maszyn Elektrycznych. Przed maturą wypełnia ankietę, z pytaniem, do jakiego miasta chciałby dostać obowiązkowy wtedy nakaz pracy. Wpisuje Warszawę lub Jelenią Górę. Zostaje wysłany do... Stalinogrodu, czyli dzisiejszych Katowic. Ci, którzy chcieli do Stalinogrodu, jadą w przeciwnym kierunku...

Po pewnym czasie zarządzeniem Ministerstwa Komunikacji zostaje przerzucony do ZNTK w Łapach. Tam się żeni i mieszka około 12 lat. Kiedy lekarze opiekujący się chorującą na astmę jego córką doradzają zmianę klimatu, chce wyjechać do Lubania, gdzie też są zakłady naprawcze taboru kolejowego. Miał tam dostać mieszkanie służbowe, nawet z telefonem, co było w owym czasie ewenementem. Ale żonie Lubań się nie spodobał i w 1964 roku Wąsowscy trafiają do Oleśnicy. Dodajmy, że córką opiekowała się u nas  śp. doktor Podolak. - "Wspaniała kobieta, wspaniały lekarz" - mówi pan Janusz.

Państwo Wąsowscy mają czworo dzieci: trzy córki i syna. Niestety, syn i jedna z córek  umierają. - Żona strasznie rozpaczała i zdecydowaliśmy się na trzecią córkę - mówi pan Janusz, któremu znów szklą się oczy na wspomnienie leżących już na cmentarzu dzieci. - I teraz jedna mieszka we Wrocławiu, druga w Bierutowie, a trzecia w Oleśnicy...

Janusz Wąsowski po 60 latach jedzie na grób ojca

- Olbrzymie zasługi dla Rodzin Katyńskich ma Andrzej Przewoźnik, wspaniały człowiek, że też musiał tak zginąć... - wzdycha głęboko mieszkaniec Oleśnicy [Przewoźnik zginął w katastrofie w Smoleńsku]. - Dzięki niemu powstały wszystkie trzy cmentarze, odnowiono Cmentarz Orląt Lwowskich.

Powstają listy ofiar. Listę pierwszą przywozi Gorbaczow i przekazuje Jaruzelskiemu. Z obozów w Kozielsku i Ostaszkowie listy są utworzone tak, jak oficerów wywożono partiami. Lista ze Starobielska jest w języku rosyjskim ułożona alfabetycznie. Jan Wąsowski figuruje na niej pod numerem 550. Wąsowski Jan Stanisławowicz, obok jest data urodzenia.

Janusz Wąsowski działa aktywnie w Dolnośląskiej Rodzinie Katyńskiej, jeździ do Warszawy. W Charkowie był już trzykrotnie. Pierwszy raz zaraz po ekshumacji zwłok. - Za pierwszym razem byłem tam cztery dni. Były spotkania, przedstawiano nam materiały, oglądaliśmy wydobyte przedmioty, groby, doły. Czuć było jeszcze smród rozkładających się ciał - mówi Janusz Wąsowski.

Niestety, żadnej pamiątki, żadnego śladu po ojcu, awansowanym do stopnia kapitana Janie Wąsowskim, nie odnalazł...

                                                         ****

13 kwietnia 2010 roku pod Pomnikiem Golgota Wschodu w Oleśnicy wmurowano urny z ziemią z Katynia i Charkowa. Tę ostatnią przywiózł Janusz Wąsowski. On sam zasadził też pod bazyliką dąb pamięci swojego ojca i wszystkich polskich patriotów zabitych strzałem w tył głowy przez wykonawców rozkazu Józefa Stalina....

 

Roman Rybak

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Ok
Ok 18.02.2020, 07:41
Piekny artykul

Pozostałe