Wyrwany z pazurów śmierci, czyli jak sześciolatek z Oleśnicy wpadł do wybiegu z niedźwiedziami

  • 10.02.2020, 19:23
  • Roman Rybak
Wyrwany z pazurów śmierci, czyli jak sześciolatek z Oleśnicy wpadł do wybiegu z niedźwiedziami
Tę historię znają już tylko starsi oleśniczanie. Ale też nie wszyscy. Wielu coś słyszało, ale niewielu wierzy, że zdarzyła się naprawdę. A tak było. W tym roku minie 61 lat od tamtych dramatycznych wydarzeń. 17 maja 1959 r. we wrocławskim zoo 6-letni mieszkaniec Oleśnicy wpadł do wybiegu z polarnymi niedźwiedziami. Jakim cudem ocalał? Przypominamy historię sprzed lat...

Chcemy do zoo!

To był niedziela, Zielone Świątki - 17 maja 1959 roku. W tym dniu zbiegły się losy dwóch ludzi: 26-letniego Edwarda Witkowskiego z Wrocławia i 6-letniego Krzysia Kluby z Oleśnicy. Ten drugi żyje dlatego, że los postawił na jego drodze wrocławianina.

Edward Witkowski we Wrocławiu mieszkał od 4 lat. Przyjechał ze wsi Miechów koło Kępna. Pracował w Zakładach Remontowo-Montażowych przy ul. Zielińskiego. W tym dniu ubrał się elegancko i wyruszył w miasto. Bo już w sobotę ówczesne lokalne dzienniki zachęcały do zabawy:

"W niedzielę obchody święta ludowego. Mieszkańcy porządkują swoje obejścia, przygotowują place, na których odbędą się wiece i festyny". 

A w mieście spotkał kolegę z żoną i dziećmi, potem kuzyna z dziewczyną. Panowie chcieli wybrać się na żużel, bo wrocławska Sparta walczyła z bydgoską Polonią o mistrzostwo, ale panie i dzieci zaoponowały i zaordynowały: "Chcemy do zoo!". Ustalono, ze najpierw pojada tramwajem do zoo, a potem wstąpią na stadion. Około godziny 14  przekroczyli bramę ogrodu zoologicznego.

W tym czasie sześciolatek z Oleśnicy już od kilku godzin przebywał z rodzicami w zoo. Dla Krzysia było to niesamowite przeżycie. Dochodziła godzina piętnasta, kiedy oleśnicka rodzina  dotarła do wybiegu białych niedźwiedzi...

Myślę: koniec, zaraz go rozerwą...

Krzyś był zbyt mały, by przez murek wybiegu cokolwiek zobaczyć. Został na nim posadzony. Zaczął się bujać w lewo i prawo naśladując zwierzęta. W tym czasie niedźwiedzie zanurzyły się w fosie. W pewnym momencie jeden z nich, nie mogąc doczekać się karmienia przez widzów, odbił się od dna, wyskoczył, a jego podskok i ruch spowodowały, że Krzyś zachwiał się i wpadł do fosy. Momentalnie poszedł na dno...

Jeden z niedźwiedzi zanurkował i okaleczonego malca wyciągnął na brzeg. Ciągnięty na środek wybiegu chłopiec najpierw krzyczał, potem już tylko płakał.

To, że dochodziła wtedy piętnasta, Edward Witkowski pamięta dokładnie, bo nerwowo zerkał na zegarek. Spieszyło mu się na żużel. Nagle dobiegł go krzyk: "Lwy wydostały się z klatek!". W zoo wybuchła panika. Jeden z mężczyzn złapał dzieci i podsadził je na dach kiosku. A wrocławianin ruszył za krzykiem. Nie dochodził on jednak z wybiegu dla lwów, ale polarnych niedźwiedzi. Tam stał już tłum ludzi. Uczepieni muru patrzyli z przerażeniem w dół. Były szlochy i rozpaczliwie wzywanie pomocy.

- Patrzę, dziecko w basenie - opowiadała po latach Witkowski. - Niedźwiedzie ciągną je w prawo, w lewo. Boże kochany, utopią! Ale zaraz wyłowiły go i targają na brzeg. I dopiero zaczęła się akcja: jeden za nogę, drugi za rękę. Myślę: koniec, zaraz go rozerwą. Ludzie zaczęli podawać nam kamienie. Jednego z niedźwiedzi trachnąłem w głowę, odbił kamień łbem jak futbolista, aż się otrząsnął...

Rzucane kamienie, przede wszystkim celny rzut Witkowskiego, a także krzyki odstraszyły zwierzęta, które zostawiły chłopca i zaczęły się wycofywać. Wśród widzów i świadków był milicjant, który sięgnął po broń i wymierzył w niedźwiedzia. Nie dał jednak rady oddać strzału, bojąc się zranić dziecko lub rozjuszyć któregoś z niedźwiedzi.

Wiktor Adamski, naoczny świadek, opisywał w liście do "Słowa Polskiego": "Dzielny Krzyś miał jeszcze na tyle sił, że poszedł w najwyższy punkt wybiegu, jak najdalej od wody i niedźwiedzi i stanął przy ścianie. W tym momencie pan Witkowski zorganizował pomoc".

W jaki sposób?

Odważny wrocławianin chwycił gumowy wąż do podlewania trawników, obwiązał się nim i skoczył na dół. Wcześniej krzyknął do milicjanta, aby ten dał mu broń. Pistoletu jednak nie dostał. Kiedy spuszczał się na dół, milicjant wsparty o ogrodzenie mierzył z pistoletu do zwierząt. A gdy Witkowski szedł już po chłopca, przy wybiegu pojawił się drugi funkcjonariusz i z kolegą podzielili się "celami" na wypadek ataku niedźwiedzi. Na szczęście na dole Witkowski złapał 6-latka na ręce, ludzie wciągnęli obu do góry i dziecko zostało uratowane. Auto zawiozło ich obu do szpitala wojskowego (ojciec Krzysia był oficerem).

Po kilku dniach okazało się, że wąż, po którym blacharz zszedł na dół, był przecięty w poprzek i związany drutem. Gdyby pękł, byłyby zapewne dwie ofiary.

Wieloletni dyrektor zoo Antoni Gucwiński opowiadał po latach Gazecie Wyborczej:

- Niedźwiedzie były jeszcze stosunkowo młode, więc potraktowały dziecko jak zabawkę, a nie jak ofiarę. Gdy wpadło do wody, zaczęły się nim bawić, nurkowały, wyciągały. Po drugie życie chłopca uratował także ubiór. Zaczęły go rozbierać i trochę im zeszło: jeden trzymał za rękę, drugi ciągnął za buta, potem za spodnie. Po wypadku wyłowiliśmy z fosy wszystkie części garderoby.

Dodajmy, że 10 lat później telewizja zainscenizowała wypadek na wybiegu, wykorzystując lalkę wielkości dziecka. Te same niedźwiedzie, starsze o dekadę, błyskawicznie rozerwały lalkę na kawałki...

Podlotki rumieniły się na jego widok

Meczu żużlowego Witkowski już nie obejrzał - zniszczył buty, a całe ubranie miał we krwi. Wrócił jak gdyby nigdy nic do domu...

A w szpitalu lekarze walczyli o życie Krzysia. "Operacja trwała prawie trzy godziny, przeprowadził ją lekarz wojskowy dr Alfred Majchrzak. Niedźwiedzie zadały chłopcu 12 poważnych ran - na udzie, klatce piersiowej i głowie" pisały ówczesne gazety.

A dramatyczna historia z wrocławskim zoo trafiła na pierwsze strony gazet w całej Polsce, a nawet do serwisów światowych. Rozpisywano się o "bohaterskim robotniku, który ocalił dziecko z pazurów niedźwiedzi".

"Edward Witkowski, do niedzieli skromny blacharz, od poniedziałku był prawdziwym bohaterem. Rozpoznawano go w tramwaju, matki pokazywały go dzieciom, podlotki rumieniły się na jego widok  Mali chłopcy z kilku sąsiednich ulic chodzili za nim jak cienie..." - napisał Ryszard Skała w "Kalendarzu Wrocławskim 1964".

Do Wrocławia nadchodziły listy z całej Polski i z zagranicy. Do warsztatu blacharskiego przychodziły klasy z nauczycielami, delegacje z zakładów pracy, wzruszone staruszki. Koledzy nazwali pana Edwarda "Niedźwiedź". Władza przyznała mu Złotym Krzyż Zasługi. Zakłady pracy obdarowywały bohatera prezentami: dostał talon na pralkę elektryczną, 2000 złotych nagrody, parę luksusowego obuwia, kupon gabardyny na garnitur, sweter, dwutygodniowe wczasy, wycieczkę do Rumunii, a jedna z wrocławskich ciastkarni upiekła olbrzymi tort, na którym odtworzyła z cukru scenę ratowania Krzysia...

I wreszcie 26 maja w Prezydium Rady Narodowej odbyła się uroczystość wręczenia nagrody bohaterowi. Na tę okazję przybyli oficerowie jednostki wojskowej, w której służy kapitan Władysław Kluba, ojciec Krzysia. Wręczyli wrocławianinowi biurkowy model odrzutowca z fotografią Krzysia oraz aparat fotograficzny Zenit. A od rodziców Krzysia otrzymał zegarek Atlantic z napisem: "Panu E. Witkowskiemu - Krzysiu i rodzice".

25 czerwca "Słowo Polskie" napisało: "Krzyś Kluba wychodzi dziś ze szpitala. Wprawdzie na prawym podudziu rana niezupełnie się jeszcze zasklepiła, jednakże dziecko tęskni za domem. Kuracja Krzysia trwała 39 dni. Chłopiec już biega i tylko lekko utyka, co na pewno w przyszłości ustąpi. Blizna od pazurów na policzku powinna być ledwo widoczna".

Po tragedii w zoo Klubowie przenieśli się z Oleśnicy do Wrocławia. Rodzina Krzysia konsekwentnie od lat nie rozmawia o tamtym wydarzeniu.

Jego ojciec, kapitan Władysław Kluba, służył w Ośrodku Szkolenia Technicznego Wojsk Lotniczych w Oleśnicy. Odszedł z wojska w 1976 roku w stopniu podpułkownika. Zmarł w 1982 roku. Ale wcześniej zdążył zafundować wybawcy syna niezwykłą wycieczkę. Zaprosił go do oleśnickiej jednostki i polecieli samolotem nad rodzinną wieś Witkowskiego. A kiedy Witkowski się żenił, Klubowie kupili młodej parze porcelanowy komplet do kawy. Potem kontakty się urwały...

Blizna w kształcie litery T

Niedźwiedzie żyły w zoo jeszcze wiele lat. Samiec padł po 20 latach z powodu przepukliny, samica dożyła starości.

Edward Witkowski jest emerytem. Ma jeszcze medale i odznaki, kryształowy wazon od spółdzielni Plecionka, aparat Zenit i zegarek Atlantic od rodziców Krzysia. Zakłada go na specjalne okazje.

Krzysztof Kluba ukończył we Wrocławiu szkołę samochodową. Obecnie mieszka w Poznaniu, pracuje jako mechanik. Żonaty, ma dwoje dzieci. Podobno na policzku pozostała mu niewielka blizna od pazurów w kształcie litery T...

***

Korzystałem z artykułu Wandy Dybalskiej z cyklu Akta W Gazecie Wyborczej oraz Kalendarza Wrocławskiego Ryszarda Skały. Fotografia Edwarda Witkowskiego pochodzi ze strony wroclaw.hydral.com.pl

Roman Rybak

Zdjęcia (2)

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (4)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

kolega
kolega 13.02.2020, 17:37
To był mój kolega, mieszkaliśmy na Słonecznej, ja w bloku 19, a on na przeciwko.
Good luck Kris
Good luck Kris 11.02.2020, 05:57
Wszystkie dzieci ze 'Słonecznej' do dzisiaj to pamiętają...
Królik
Królik 10.02.2020, 21:53
Super historia z happy endem aż nieprawdopodobnym
M
M 10.02.2020, 20:04
Niesamowite

Pozostałe