Stara Oleśnica, czyli trzy pokolenia w mięsnym

  • 31.01.2020, 14:34
  • Grzegorz Huk, rpr
Stara Oleśnica, czyli trzy pokolenia w mięsnym
Historia jednego sklepu. Szara rzeczywistość PRL-u, ale i nutka nostalgii...

Zielone Ogrody to dzielnica z niepowtarzalnym  klimatem. Docenianą przez wielu specyfikę tego miejsca tworzyli mieszkańcy i ludzie tu pracujący, m.in. handlowcy. Wystarczy wymienić kilka najbardziej rozpoznawalnych nazwisk: pani Domalowa, Bernard Paprocki, rodzina Szczurków (piekarnia), Maria Czarnasiak, czy prowadząca przez kilka dekad sklep mięsny na parterze kamienicy przy ulicy Słonecznej Adela Maniak. Któż, nie tylko ze wspomnianej dzielnicy, nie zna tego miejsca...

Sklep działa do dzisiaj, ma się całkiem nieźle. Mięsny biznes prowadzi obecnie wnuczka pani Adeli. A o barwnej historii sklepu opowiada ona oraz córka byłej właścicielki Bogumiła Maniak.

Spod serca kap kap, słonina i schab, a z boku dwa balerony*...

- Mama zaczęła prowadzić sklep od jesieni jesieni 1977 roku. Wcześniej pracowała w sklepie mięsnym na ulicy 3 Maja.W tym czasie w Oleśnicy było pięć sklepów  mięsnych - na Rewolucji Październikowej [czyli dzisiaj Reja - red.], 3 Maja - róg Młynarskiej, w Rynku, na Wojska Polskiego i Słonecznej. Tu, na Słonecznej, sklep był - jak to się mówi - "od zawsze". Przez ścianę sąsiadował z niewielkim sklepikiem spożywczym, potem był tam sklep rybny, a jeszcze później zakład naprawy RTV. Mama zaczęła  pracować tu w  tzw. sklepie mięsnym komercyjnym. Ten rodzaj placówek pojawił się w 1976  roku.

Już wtedy była reglamentacja na wiele towarów i kartki, m.in. na wyroby mięsne. Sklepy komercyjne to był wymysł władz komunistycznych. To z jednej strony było absurdalne, ale z drugiej stosunkowo praktyczne, bo przy mizerii w podaży mięsa i wędlin, była szans kupienia tu czegoś, jednak w cenie prawie trzykrotnie wyższej. Sklepy komercyjne cieszyły się sporo popularnością, choć akurat tu kolejek nie było. Towar był dostępny na okrągło i był drogi, tak że nie każdy sobie mógł na takie zakupy pozwolić. Sklep był zaopatrywany przez PSS, który wtedy prężnie działał.

Asortyment, który się  cieszył powodzeniem, to oczywiście mięso, bo jego na kartkach było mało, no i wyselekcjonowane gatunki wędlin: szynki, gotowana, kiełbasa szynkowa, krakowska, piwna, żywiecka. Sklepy komercyjne funkcjonowały w latach 1976 - 1981.Wyglądało to tak, że ludzie mieli pieniądze, ale brakowało towaru - wspomina Bogumiła Maniak.

Za czym kolejka ta stoi? Po szarość, po szarość, po szarość...

- Pod sklepem, a czasami i w samym sklepie, działy się różne ciekawe historie - opowiada wnuczka Adeli Maniak, obecnie współwłaścicielka sklepu, Barbara Maniak.

- Pani, która jest naszą stałą klientką, miała  u babci praktyki 40 lat temu. Opowiadała, jak ludzie mieszkający w budynku vis-a-vis naszego sklepu zarabiali. Zarabiali tzw. postojowe. Wiadomo było, że towaru nie starczy dla wszystkich, więc kolejka ustawiała się już wczesnym rankiem, a nieraz w nocy. Kolejki trzeba było pilnować, więc wynajmowało się takiego stacza i ten załatwiał sprawę. To był zaraz, jak zlikwidowano sklepy komercyjne w 1981 roku, potem był stan wojenny, kartki na mięso i generalnie bieda.

Dla młodzieży kartki to abstrakcja, ale my to przecież pamiętamy. Kartki otrzymywało się zakładach pracy. To była tzw. reglamentacja. Niektóre asortymenty można było wymieniać na inne, akurat mięsa nie można było wymieniać na nic, taki to był rarytas. "Bo my musimy być silni i zdrowi, choćby na skrobi, choćby na skrobi" -  drwił z tej mięsnej paranoi Zenon Laskowik w kabarecie. No ale tak było. Oczywiście były grupy zawodowe uprzywilejowane (wojsko, milicja), ale większość ludzi miała poważny problem - przypomina wnuczka pani Adeli.

- Czekoladę, papierosy można było zamieniać. Mięsa nie. Na kartce było 4 kg na miesiąc,  rolnicy mieli zdaje się 2,5 kg. Ludzie kombinowali, hodowali kury, króliki, jeździło na wieś po rąbankę. Taka była rzeczywistość. Przez te z górą 40 lat nie da się ukryć, że najcięższy był ten okres kartkowy - dodaje Bogumiła Maniak.

Ci, którzy pamiętają tamte czasy, na pewno przyznają obu paniom rację...

- Ludzie się bili, cuda wyprawiali w tych kolejkach. Mięso przyjeżdżało w ogromnych aluminiowych pojemnikach, zmrożone. Było bardzo ciężkie do rąbania. A w sklepie był zgiełk i atmosfera podniecenia, podejrzliwość i nierzadko wrogości. Powstawały społeczne komitety kolejkowe, sprawdzali faktury, czy personel czegoś nie wynosi. Pamiętam sytuację, kiedy jako dziecko przyszłam do mamy z zakupami, to nam torby sprawdzali. To nie było sympatyczne. Często dochodziło do awantur  czekających w kolejce ludzi. A co mieli powiedzieć ci, dla których już nic nie zostało?... - wzdycha pani Bogumiła.

Wszystko zmienił rok 1989...

- Po transformacji ustrojowej mama przeszła na samoprywatyzację, w myśl hasła: Bierzcie sprawy we własne ręce. Od 2 listopada 1990 miała już własną działalność. PSS jeszcze funkcjonował, ale to był już jego schyłek. Można było pracować na własny rachunek i zaopatrywać w prywatnych rzeźniach. Mama też jeździła do Bralina, miała zresztą takiego pracownika, który był z Sycowa, więc on te tereny Kępno, Bralin, Wieluń znał i jeździł po zaopatrzenie w nocy. Raniutko towar już był w sklepie - specjalnie zakupił dostawczy samochód-chłodnię, żeby towar przywozić. Można było sobie już towar zamawiać w różnych punktach. Półki zaczęły się uzupełniać, już było zupełnie inaczej, przypominało to jakiś normalny handel - ocenia córka pani Adeli.

Czterdzieści lat minęło to piękny wiek, czterdzieści lat i nawet jeden dzień.

- Przez te 40 lat przewinęło się u nas sporo osób. Była z mamą na początku Kazimiera Jutrosińska, była Janina Bogdanowicz i była Karolina Guzikowska. Czwórka na początku pracowała. Później doszła Ula Michalec, która jest z nami do dzisiaj - wspomina pani Bogumiła.
Załoga się zmieniała...

- Pani Jutrosińska była dwa lata z mamą, a później były coraz młodsze dziewczyny. Przyszła Ula Bielska, Ewa Zając - to już była całkiem młoda załoga, potem Ela Knecht, później pracowała moja siostra Grażyna Włuczkowska, która w zeszłym roku odeszła na emeryturę, Jadwiga Anger, kuzynka, która też przeszła na emeryturę dwa lata temu. To tacy pracownicy, którzy byli po kilkanaście lat. Wszystkich miło wspominamy, bo to był kawałek naszego wspólnego życia. Czasami bywało trudno, ale bywało i wesoło. Tu nas wszyscy znali i my wszystkich znaliśmy. A dzisiaj z tych najstarszych pracowników jest  Ula Gołębiewska, wnuczka Barbara Maniak, która się tu uczyła zawodu, no i ja jestem ja, Bogumiła Maniak - mówi nasza rozmówczyni.

Lokal, w którym panie pracowały, nie zawsze  wyglądał tak jak obecnie.

- Na początku było biednie i siermiężnie. 14 lat temu właściciel lokalu, czyli Zakład Budynków Komunalnych, przeprowadził remont. Zrobiono okaflowanie całego sklepu, instalację elektryczną, potem przyszła kolej na okna. Teraz jest gruntowne odnowienie lokalu, we własnym zakresie. ZBK pomógł nam wymienić posadzki i w końcu dostaliśmy porządne zaplecze z zaadaptowanego wolnego lokalu obok. Długo czyniłyśmy starania o to pomieszczenie. Udało się dzięki pomocy burmistrza Michała Kołacińskiego. Mamy nadzieję, że obecny wizerunek sklepu podoba się naszym klientom, bo to przecież inwestycja głównie z myślą o nich, choć nie ukrywam, że i nam przyjemniej się teraz pracuje - przyznaje pani Bogumiła.

Sklep rodziny Maniaków wrósł mocno w dzielnicę.

- Zgodzę się z  tezą, że nasz sklep utożsamiany jest mocno z Zielonymi Ogrodami. Przez lata mówiło się: "Idę do Adeli, do Domalowej, do Szczurka, do Benka". Starsi mieszkańcy dzielnicy dalej tak mówią... - uśmiecha się właścicielka mięsnego. - Tworzyliśmy przez lata taki swoisty dzielnicowy market, choć o marketach wówczas jeszcze nikt nawet nie słyszał. Mamy wielu stałych wiernych klientów. My znamy ich, oni znają nas. Są osoby, które nie muszą mówić, po co przychodzą. Kiedy stają w drzwiach sklepu, my już wiemy, co mamy szykować. Można chwilę porozmawiać, poplotkować, to takie naturalne. Tu nie ma marketowej anonimowości -  dodaje.

Od rana mam dobry humor... Z równowagi nic dziś nie wyprowadzi mnie...

O ten dobry humor w PRL-u nie było łatwo, no ale i tak byliśmy najweselszym barakiem w socjalistycznym obozie. Zabawnych sytuacji nie brakowało i u rzeźnika...

- Babcia często wspominała takie zdarzenie... - zaczyna opowiadanie tej anegdotki Barbara Maniak. - Nie wiem, o co chodziło dokładnie, ale była okropna kłótnia w kolejce. I jeden klient zaczął babcię wyzywać, nie powiem jakimi słowami... Babcia się strasznie wkurzyła, bo facet rzucał w nią "mięsem" i wyzwał ją od najgorszych. Akurat przyjmowała płuca wieprzowe. Wzięła te płuca i gość dostał za swoje tymi płucami. Cały sklep najpierw oniemiał, potem wszyscy parsknęli śmiechem. Upierdliwy klient więcej się nie pokazał.... Takich historii mnóstwo babcia opowiadała - śmieje się pani Barbara.

Bywały też włamania.,,

- Była duża chłodnia, do której się wchodziło do środka. Nie wiadomo, jak okno zostało wybite i ktoś nam się włamał, przeciął kłódkę do chłodni i zabrał trochę mięsa oraz wędlin i szynek, które wisiały na hakach. Towar przepadł, złodziej zniknął jak kamfora, a potem żartowano, że szykował się  do wesela albo innej imprezy - opowiada wnuczka pani Adeli.

Róbmy swoje! Pewne jest to jedno, że... Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce...

A jak jest dzisiaj? Ciężko...

- Nie łatwo  jest przetrwać na rynku, bo dla lokalnych, "małych" handlowców nie są to łatwe czasy - ocenia Bogumiła Maniak. - Kiedyś był w Oleśnicy zaledwie kilka sklepów mięsnych, dziś trudno jest je zliczyć. My stawiamy na jakość. Od wielu lat mamy stałego, sprawdzonego dostawcę dobrego świeżego mięsa. Ludzie o tym wiedzą i przychodzą do nas, bo jest to sprawdzony towar prosto z ubojni. Nie jest to mięso marketowe, tylko z małej masarni, które jest naprawdę super jakości. Nasi klienci to wiedzą. Nawet potrafią rozróżnić smak, jeśli się zdarzy, że mamy mięso  od kogoś innego.

Stawiamy na małe masarnie, na dobre przetwory. Ja sprawdzam wszystkie składy, jest to od razu weryfikowane, wiem, co polecić ludziom, co dla dzieci, co dla starszych. Staramy się rozszerzać asortyment tak, żeby wszystkim dogodzić. Obsługa jest bardzo ważna, staramy się być profesjonalne, tak jak nas babcia Adela nauczyła - mówi na koniec naszego spotkania Bogumiła Maniak.


CO TO BYŁY CENY KOMERCYJNE?
Wprowadzanie cen komercyjnych związane było z niewydolnością gospodarczą systemu socjalistycznego obowiązującego w PRL. Władze w ten sposób próbowały w rzeczywistości podnieść ceny, stosując to jako ukryty mechanizm antyinflacyjny.
W związku z pojęciem cen komercyjnych należy wspomnieć o sklepach Wojskowej Centrali Handlowej i Konsumach niedostępnych dla ogółu obywateli. Instytucje te sprzedawały towary - często niedostępne w innych instytucjach handlowych ówczesnej Polski - wyłącznie określonym grupom zawodowym: wojsku, milicji, pracownikom SB, do tego po cenach niższych od obowiązujących w ogólnodostępnym handlu.
11 z Postulatów Sierpniowych brzmiał: "Znieść ceny komercyjne oraz sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym". Postulat ten został częściowo zrealizowany wraz z wprowadzeniem wiosną 1981 reglamentacji mięsa (co również było realizacją postulatów z Sierpnia). "Eksport wewnętrzny", czyli sprzedaż za waluty obce i tzw. bony dewizowe utrzymano, a handel w tym systemie w sklepach Peweksu i Baltony funkcjonował do roku 1990. Po reformie cen 1982 ceny towarów dzieliły się na ceny urzędowe, regulowane i umowne.

*śródtytuły to fragmenty piosenek z PRL-u  

Grzegorz Huk, rpr

Zdjęcia (6)

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (6)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

no tak
no tak 01.02.2020, 09:51
przez długie lata zastanawiałam się -a znam lata komunizmu ze swojego doświadczenia - dlaczego jest tak, duże grono ludzi którzy z takim dużym sentymentem wspominają lata komuny? twardo twierdzą że w komunie dobrze im się żyło.Jako dorosła osoba dowiedziałam się że w Polsce była kategoria ludzi, której braki żywnościowe nie DOTYCZYŁY!!!Dziś redakcja napisała -"należy wspomnieć o sklepach Wojskowej Centrali Handlowej i Konsumach niedostępnych dla ogółu obywateli. Instytucje te sprzedawały towary - często niedostępne w innych instytucjach handlowych ówczesnej Polski - wyłącznie określonym grupom zawodowym: wojsku, milicji, pracownikom SB, do tego po cenach niższych od obowiązujących w ogólnodostępnym handlu.Całe lata nie rozumiałam skąd brała się taka CKLIWOŚĆ niektórych osób, oni wprost mówili że mieli wszystko -im nic nie brakowało, jak mawiali kawę i czekoladę mieli na co dzień!Kto zna tamte czasy wie doskonale że towar był deficytowy i niedostępny dla ogółu. Nawet mieli satysfakcję że mają lepiej od innych.W Oleśnicy nadal mieszka bardzo dużo ludzi związanych z komunizmem i sentymentem do tego ustroju i wciąż nazywany jest "czerwonym miastem"! Stąd też UE kojarzy im się z nowym europejskim ZSRR i chcą być Europejczykami bo bardzo im przypomina dawną komunę!
w pis_du
w pis_du 02.02.2020, 09:33
Porównywać komunę do UE, to trzeba być kartoflanym świrem!
Ola
Ola 01.02.2020, 17:30
Dokładnie tak. Wielu też komunizm wspominają dobrze, do wtedy byli młodzi, zdrowi, silni i wspominają tamte lata - ustrój tu nie ma znaczenia. Ale ci co by chcieli powrotu PRL to niestety ci co im teraz emeryturki obniżyli do takich jak ma większość ludzi.
Kasia
Kasia 01.02.2020, 08:35
Pamietam ze u Pani Adeli mozna bylo kupic szynke olesnicka od Błasiak masarnia!!!nasza olesnicka kiedys masarnia!ooo to byl smak prawdzy!!!
ciekawy
ciekawy 31.01.2020, 17:22
Tylko skąd te kiełbasy, przecież tam były tylko japońskie 'nagie haki'?
ustawka  ;)
ustawka ;) 31.01.2020, 17:55
Do zdjęcia zawiesili :)))))

Pozostałe