Diabeł zabił Anioła, czyli historia nawróconego mordercy z Oleśnicy

  • 24.01.2020, 20:28
  • Roman Rybak
Diabeł zabił Anioła, czyli historia nawróconego mordercy z Oleśnicy zdjęcie ilustracyjne
Historia mieszkańca Oleśnicy to gotowy scenariusz hollywoodzkiego filmu. Ma pseudonim "Diabeł". Zabija policjanta o nazwisku Engel. Dostaje karę śmierci...

"Jezus wskrzesił mnie do życia w nowym, nieznanym mi wcześniej wymiarze do życia w prawdziwej miłości i wolności. Jest wszystkim, czego tak naprawdę potrzebuję i nie potrafię sobie dzisiaj wyobrazić życia bez Niego. Powiesz mi teraz: ,,To jeszcze jeden nawiedzony zwolennik "moherowych beretów", a więc by to, co mówię, miało sens, muszę sięgnąć pamięcią wiele lat wstecz"

- tak Janusz Kulmatycki zaczyna spowiedź ze swojego dramatycznego życia.

Życie go przerosło

"Ja swoje życie komplikowałem, odkąd sięgam pamięcią. Dosyć szybko wszedłem w konflikt z prawem i wylądowałem w więzieniu za kradzież z włamaniem. Ale wyrok z warunkowym zawieszeniem niczego mnie nie nauczył. Po kilku miesiącach na wolności kolejny raz wylądowałem w zakładzie karnym za drobne przestępstwa. Tym razem wyrok był do odsiadki. Ale i to niewiele pomogło, gdyż po odbyciu kary koniecznie chciałem,,odkuć się" materialnie. Efekt był przewidywalny - kolejny pobyt za kratami" - tak o swoich przestępczych początkach, które doprowadzą do tragicznego finału, opowiada 53-letni dzisiaj oleśniczanin Janusz Kulmatycki.

Podczas trzeciego pobytu za kratami spotyka świadków Jehowy, odbywających karę za odmowę służby wojskowej. Zafascynowali go i po wyjściu z więzienia przystąpił do nich. "Zgłosiłem się do rodzimej parafii i zażądałem wykreślenia mnie z ewidencji Kościoła katolickiego. Tak upłynęły kolejne lata, podczas których zagłębiałem się w ,,Strażnicach" - mówi.

Potem poznał jednak dziewczynę, katoliczkę, w której się zakochał. Ale ślub z nią był niemożliwy - wspólnota nie wyrażała na to zgody. Mimo tego sprzeciwu Janusz żeni się z Beatą. "Siebie uważałem wtedy za niewierzącego, chociaż istnienia Boga nie kwestionowałem" - mówi.

"Przemiany gospodarcze początku lat 90. przerosły moje możliwości i potrzebowałem rozszerzyć moją działalność gospodarczą, a to wiązało się z inwestycjami, na które brakowało mi środków. Rozwiązaniem był kredyt bankowy, no i trochę zapożyczyłem się u znajomych. Pojechałem po potrzebny sprzęt do Berlina, dokonałem stosownych zakupów, ale w drodze powrotnej rozbiłem pożyczone auto. Wróciłem do domu pociągiem, z połamanymi żebrami, goły, wesoły i z półmiliardowym, licząc na stare pieniądze, długiem. Mój świat runął" - wspomina.

Wtedy wraca do złodziejskiego fachu.

- "Rozpoczęła się seria włamań do firm i przedsiębiorstw, w których, prując sejfy, kradłem pieniądze. Chociaż nie były to zbyt duże kwoty, pozwoliły mi spłacać kredyt bankowy i prywatnych pożyczkodawców oraz zaspokoić bieżące potrzeby. Podczas jednego z włamań znalazłem w sejfie pistolet. Mimo że nie zamierzałem go nigdy  użyć, to zabierałem broń ze sobą regularnie. Były sytuacje, kiedy stróż czy dozorca przyłapywał mnie – wtedy sam widok pistoletu w mojej dłoni sprawiał, że rezygnował z jakiejkolwiek interwencji. Moje długi zostały prawie spłacone, lecz potrzebowałem na bieżące wydatki, a te pieniądze były szybkie i łatwe do pozyskania".
Nadchodzi wreszcie tragiczna noc. Noc z 6 na 7 marca 1993 roku.

Tragiczna noc

"Kiedy jechałem na kolejne włamanie, zatrzymał mnie policyjny patrol, jakich wiele spotykałem w czasie moich nocnych eskapad" - wspomina.
Jechał wtedy fiatem 126 z 19-letnim Janem M. ps. Żyleta. Zostali zatrzymani w okolicy wsi Miłocice. "Po wylegitymowaniu zwrócono mi dokumenty i miałem odjeżdżać, gdy funkcjonariuszy zaniepokoiło nerwowe zachowanie mojego wspólnika włamań. Kiedy okazało się, że pod bluzą dresową ma radiotelefon, podobny do policyjnego, zażądano, byśmy udali się do radiowozu. Zrobiło mi się gorąco, bo mimo że jechaliśmy dopiero na włamanie, o czym nikt prócz nas nie wiedział, to zagrożenie stanowił pistolet, który miałem za paskiem spodni na plecach. Musiałem pozbyć się tej broni i to dyskretnie, jeśli nie chciałem wylądować w więzieniu za nielegalne posiadanie broni oraz włamanie, z którego pochodził" - opowiada.

Tak dalszy ciąg wydarzeń opisywał prokuratorski akt oskarżenia: Posterunkowy Jacek Engel  poprowadził Janusza Kulmatyckiego do radiowozu, trzymając go za prawą rękę. Nagle leworęczny oleśniczanin wyszarpnął zza paska spodni pistolet i zabił policjanta strzałem w  klatkę piersiową. Następnie ranił czterema kulami drugiego funkcjonariusza. Gdy magazynek był pusty, obaj złodzieje rzucili się do ucieczki.

A tak wspomina to po latach zabójca: "Sięgnąłem lewą ręką po broń, zamierzałem ją dyskretnie odrzucić. Na drodze były solidne zaspy śniegu, to mogło się udać. Próbując odrzucić pistolet, usłyszałem potworny huk i osuwającego się na ziemię policjanta, który przeszukiwał mojego kolegę. Poczułem, jak zaciska się na mojej szyi ramię prowadzącego mnie człowieka. Próbowałem uwolnić się z uścisku - bezskutecznie. Wtedy skierowałem broń na udo walczącego ze mną policjanta i wystrzeliłem. Chłopak osunął się na ziemię. Byłem przerażony, obejrzałem się w kierunku pozostałych policjantów i wspólnika, ale na ziemi leżał tylko postrzelony człowiek, pozostali zniknęli. Kiedy obróciłem się do człowieka, którego raniłem, zobaczyłem, że leżąc, odpina kaburę i wyjmuje broń. Bez namysłu przymierzyłem i strzeliłem w tę dłoń. Rzuciłem się do ucieczki w zaśnieżone pole w kierunku lasu. Biegnąc, usłyszałem świst przelatujących obok mojej głowy pocisków. ,,Coś ty, idioto, najlepszego narobił?" – jęknąłem do siebie".

Zorganizowana na wielką skalę nocna akcja z udziałem także oleśnickich policjantów doprowadziła do schwytania sprawców rankiem następnego dnia. W pogoni posłużono się psami tropiącymi, a wśród nich Egą z  Oleśnicy, która doprowadziła funkcjonariuszy do siedzącego na drzewie Janasza K. Zszedł na dół po trwających pół godziny pertraktacjach.

Proces zabójcy policjanta był głośny i szeroko opisywany. "Straszną rzeczą jest życie ze świadomością, że jest się zabójcą. Przeżyłem wiele bezsennych nocy, w trakcie których rozpamiętywałem całe to zdarzenie. Siłą woli próbowałem zmienić przebieg tych wydarzeń i za każdym razem przegrywałem, budząc się zlany zimnym potem i ze świadomością, że zrobiłem najstraszniejszą z możliwych rzeczy: zabiłem człowieka, a drugiego ciężko raniłem. Wtedy po raz pierwszy zacząłem prosić: ,,Boże, pomóż mi... albo pomóż mi umrzeć" - opowiada dzisiaj.

I dodaje: "Kiedy usłyszałem, że prokurator będzie się dla mnie domagał kary śmierci, przyjąłem to niemal z ulga, bo życie w stanie, w jakim się znajdowałem, było istnym koszmarem. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak mam dalej żyć. Żona się ode mnie odcięła, nie miałem kontaktu z nią ani z dziećmi. To bolało, bardzo bolało. Mass media okrzyknęły mnie bezwzględnym oprawcą, a ja zacząłem sam się z tym wizerunkiem utożsamiać; nadany mi przez prokuratora pseudonim ,,Diabeł" stawał się coraz bardziej odpowiedni dla mojego wizerunku. Miałem nadzieję, że wyrok śmierci uwolni mnie z tego koszmaru. Kiedy go otrzymałem, poczułem ulgę".

"Chcąc zagłuszyć myśli, rzucałem się w wir różnorakich zajęć. Sporo malowałem, rysowałem, budowałem modele statków, nawet hodowałem w więziennej celi szczura, z którym wychodziłem na pojedynczy spacerniak" - tak opowiada o tamtych dniach.

Kara śmierci w II instancji została jednak zamieniona na dożywocie. "Moje życie nabrało innego wymiaru i sensu, bo teraz miałem nadzieję na zmartwychwstanie i życie wieczne. Ciężko było mi zaakceptować niemożność kontaktu z żona i dziećmi, od których byłem skutecznie izolowany i ta dolegliwość była dla mnie równie bolesna, jak świadomość pozbawienia życia człowieka" - ocenia.

Duchowy przełom

W 1997 roku trafił do więzienia w Wołowie. W nim pozostanie do końca życia. Po wielu latach za kratami starał się bowiem o zamianę dożywocia na 25 lat, ale została ona odrzucona.

To tam przeżył wielką przemianę duchową. Nie był to jednorazowy przełom. Dochodził do niej etapami.

"Kiedy spowiadałem się, wyznając: ,,Zabiłem człowieka", a kilka minut później usłyszałem: ,,Mocą udzieloną mi przez naszego Pana, Jezusa Chrystusa, ja odpuszczam ci twoje grzechy...". Za każdym razem, kiedy wspominałem to wydarzenie, moje serce doznawało ucisku aż do bólu, a całe ciało przeszywało mrowienie, bo to był cud, którego potrzebowałem, bo dopiero teraz na powrót wstąpiło we mnie życie" - wspomina.

W Wołowie umieszczono go w celi, gdzie mieszka skazany opiekujący się kaplicą więzienna. "Dostąpiłem przywileju służby przy ołtarzu Pańskim jako ministrant, a później lektor. Teraz czułem się niemal wyróżniony przez Pana Jezusa, który nie tylko mnie, syna marnotrawnego, przyjął na łono Kościoła, ale nadał mi godność służenia innym przy Jego ołtarzu" - opowiada.

"Prawdziwy moment zwrotny nadszedł w 2000 roku, kiedy kapelan poinformował nas, że w ramach rekolekcji wielkanocnych zaprosił do naszej kaplicy członków katolickiej wspólnoty Koinonia Jan Chrzciciel, którzy przeprowadza, u nas kurs o nazwie ,,Filip" , na który wszystkich zaprasza. Moje życie od tego kursu zmieniło się radykalnie, miało nowy kierunek, cele do realizacji, nadzieję i pasję, jakiej nigdy wcześniej nie poczułem. Nawracać się mamy każdego dnia, zatem jest nam to dane i zadane póki dni naszej ziemskiej pielgrzymki nie dobiegną kresu. Niejedną noc spędziłem na modlitwie ze łzami w oczach, prosząc Pana, by pomógł znaleźć mi najlepsze rozwiązanie. Moi dotychczasowi znajomi w oddziale ze zdumieniem obserwowali zmiany, jakie we mnie zachodziły. Jedni mówili, że mi odbiło, inni, że wyrok mnie pokonał, jeszcze inni uważali, że to moja ucieczka przed rzeczywistością bądź że może zacząłem ćpać. Nie potrafili zrozumieć, jak w moim położeniu można być tak radosnym, pełnym nadziei i entuzjazmu – w końcu mam do odsiedzenia resztę życia...".

W więzieniu pan Janusz został członkiem Koinonii Jan Chrzciciel i przystąpił do sakramentu bierzmowania, którego udzielił mu kardynał Henryk Gulbinowicz.

"Dotąd tęskniłem za domem, żoną [dzisiaj już nie żyje - red.], dziećmi [jego syn przyjął nazwisko żony], moimi bliskimi i znajomymi, tęskniłem za lasem, jeziorem, normalnym spacerem. Nagle przestało mi tego wszystkiego brakować, stało mi się obojętnym i bez znaczenia. Jezus, Jego Święty Duch, świadomość miłości Ojca w niebie, do którego mogłem wołać: ,,Abba, Ojcze", starczały mi za wszystko, za rodzinę, bliskich, przyjaciół i znajomych. Bóg w swojej dobroci uwolnił mnie od tęsknoty" - twierdzi skazany.

 "Czasem zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie trafił do tego miejsca odosobnienia, pozostając przy żonie, dzieciach, codziennych zajęciach zawodowych, towarzyskich. Czy odnalazłbym drogę do Boga, czy rozkochałbym się w Jezusie, czy trafiłbym na Koinonię Jan Chrzciciel? Co byłoby dla mnie najważniejsze? Trudno mi to sobie nawet wyobrazić. Nie potrafię wrócić człowiekowi życia, jednak dziś dokładam wszelkich starań, by tacy ludzie jak ja w tamtych dniach nie powielali moich błędów, bo finał takiego działania i myślenia jest makabryczny w skutkach" - konkluduje Janusz Kulmatycki.
 

                                                                              ***

Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Wolność za murami", autorstwa Marka Maja, lidera wrocławskiej Koinonii Jana Chrzciciela. To zapis jego rozmów z Januszem Kulmatyckim. - Janusz nie tylko sam został zresocjalizowany, ale teraz pomaga zmienić swoje życie innym osadzonym, jest prawdziwym ewangelizatorem – powiedział Gościowi Niedzielnemu Marek Maj.
 

Roman Rybak

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (2)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

dobrre
dobrre 25.01.2020, 23:07
Propaganda 'czarnej mafii'!
gg
gg 25.01.2020, 09:08
widzę że kokosek u pana diabła nieźle zryty

Pozostałe