Pan Franio, zawsze wierny...

  • 28.04.2019, 10:19
  • Roman Rybak
Pan Franio, zawsze wierny...
Franciszek Praczyk - człowiek zawsze wierny: rodzinie, wierze, Solidarności, Polsce. Jego życie to historia pozornie zwykłego człowieka, ale pełna niezwykłych zdarzeń...

Franciszek Praczyk to żyjąca legenda oleśnickiej Solidarności. Za dwa lata stuknie mu dziewięćdziesiątka!

A jego życie to historia pozornie zwykłego człowieka, ale pełna niezwykłych zdarzeń. Oddajmy zresztą głos, mającemu wciąż świetną pamięć, panu Franiowi...

Jak gorliwa nazistka biła polskie dzieci

Urodziłem się w 1930 roku we wsi Pogorzałki Małe w powiecie krotoszyńskim. Piękna miejscowość, dużo lasów. We wrześniu 1939 roku miałem już powyżej 9 lat. Dwie klasy skończyłem przed wojną, a w czasie okupacji chodziłem do niemieckiej szkoły dla polskich dzieci w województwie poznańskim.

Niemcy chcieli najbardziej zniemczyć Polaków z tych terenów, bo uważali, że są ich. I dlatego dzieci musiały chodzić do szkoły niemieckiej. Najpierw mieliśmy fajną nauczycielkę, ale poszła na urlop macierzyński i przyszła za nią taka nazistka, taka "hitlerówa", która potwornie nas biła. Pamiętam, jak oberwałem od niej, kiedy kazała mi liczyć do 24 - w jedną stronę i z powrotem. Nie nauczyłem się tego. Coś tam dukam i  nagle, jak mnie wyrżnęła w twarz ręką! Aż mi w uchu zadzwoniło. Wracam do domu, a ojciec się pyta: "Co ty taką czerwoną twarz masz?". Powiedziałem, żeśmy się z kolegami szarpali... Nie przyznałem się.

Ta Niemka potrafiła wskoczyć na ławkę, brała do ręki pejcz i biła po głowie, gdzie popadło, kiedy ktoś czegoś nie umiał. Jak więc dostałem świadectwo, to je podarłem. A język niemiecki, który dzisiaj by mi się przydał, na siłę wyrzuciłem, wyparłem z pamięci, żeby nie pamiętać tej nauki, i tej "nauczycielki"...

Jak żołnierze "płakali", a ubecy namawiali

Przychodzi rok 1945. Wyzwolenie. Ja rozpoczynam naukę zawodu ślusarza w Koźminie Wielkopolskim. Dojeżdżam pociągiem albo rowerem. Kończę naukę i rozpoczynam pracę w Krotoszynie. Pracuję 1,5 roku w spółdzielni pracy. Z Krotoszyna poszedłem do wojska. Odsłużyłem 2,5 roku, na granicy czeskiej. Tam też najpierw miałem fajnego zastępcę dowódcy strażnicy, ale on poszedł na emeryturę - to był doświadczony sierżant frontowiec.

A za niego przyszedł za niego po szkole oficerskiej obywatel chorąży... Wtedy się nie mówiło "pan" tylko "obywatel". To był straszny stalinowiec, u niego był temat tylko jeden - Stalin. Jak Stalin zmarł w 1953 roku, pamiętam tę datę - 5 marca, to nam urządził w świetlicy symboliczny pogrzeb. Wszyscy żołnierze na siłę musieli płakać. U większości były to jednak łzy radości. No ale łzy musiały być, bo trzeba było pokazać obywatelowi chorążemu, że płaczemy. A on mówił nam, że takiego przywódcy świat już mieć nie będzie, że to był superprzywódca ludzi pracy. Ech...

Na pół roku przed wyjściem do cywila co miesiąc przychodzili smutni panowie i zagadywali, że mają dla mnie propozycję. "Gdzie wy chcecie pracować?" - pytali. Ja odpowiadałem, że mam już zapewnioną pracę. Oni na to, że mają dobra propozycję z Urzędu Bezpieczeństwa. Nagabywali, że podpisać zgodę na współpracę. Ja mówię, że nie podpisuję, bo mam już pracę. "Zastanówcie się, bo będziecie żałować, są takie dobre zarobki" - namawiali. Do dzisiaj dziękuję Bogu, że się nie dałem wrobić. A byli tacy, którzy podpisali z nimi umowę. A jak człowiek podpisał, to był stracony na całe życie, bo ze współpracy z UB nie można się było wycofać.  

Jak pan Franio kolejarzem został

Skończyło się wojsko, przyszedłem do cywila. A w Oleśnicy już mieszkała siostra, z którą korespondowałem. Dodam, że było nas pięcioro rodzeństwa, a dzisiaj żyje tylko ja...

Ona mi pisała, że jak tylko wyjdę z wojska, to mam w Oleśnicy pracę i mieszkanie. No i tak znalazłem się w Oleśnicy. Trafiłem do ZNTK, gdzie siostra pracowała. W ZNTK byłem od 1953 ro 1960 roku. A potem przeniosłem się do Lokomotywowni, w której pracowałem całe życie do emerytury, Trochę więcej jak 30 lat. Na początku jeździłem jako pomocnik maszynisty na parowozie, przez 6 lat. Potem przeszkoliłem się i przeszedłem na trakcję elektryczną. W Oleśnicy było na początku 6 elektrowozów, a potem się zwiększało, aż do 28. Rozpocząłem jazdy w ruchu towarowym, potem jeździłem w ruchu osobowym, w pasażerskich pociągach.

A teraz jestem 28 lat na emeryturze i jakoś, dzięki Bogu, żyję i czuję się dobrze.

Jak nikt krzyża zdjąć nie chciał

Kiedy powstała Solidarność, to i my w Lokomotywowni zaczęliśmy myśleć, żeby u nas związek założyć. Bo związki zawodowe kolejarzy wtedy istniały, ale to było wszystko pod dyktando dyrekcji...

Edek Głowienkowski [był potem radnym I kadencji Rady Miasta Oleśnicy - red.], Zbyszek Hrehorowicz, kolega Niewiadomski, nie pamiętam już imienia, i ja - to była grupa inicjatywna Solidarności. Ja zostałem przewodniczącym. Pracowało nas ok. 100 - 120 osób. Do Solidarności przystąpiła więcej niż połowa załogi. Kiedy założyliśmy Solidarność, to poszliśmy do stolarza, żeby nam zrobił krzyż. Miał około metra wysokości. Powiesiliśmy go w hali, na szczycie. Ale naczelnik Mazur przyszedł i mówi: "Kto ten krzyż tam powiesił?!". Jak to kto, Solidarność powiesiła - mówimy. On na to: "Proszę ten krzyż ściągnąć!". Ale nikt się do ściągnięcia nie kwapił... I on kazał wtedy takiemu sprzątaczowi, żeby go zdjął. A ten na to: "Ja go tam nie powiesiłem, niech ściągnie ten, kto go powiesił".

Ale krzyż wisiał tylko przez dwa dni. W nocy na drugi dzień zniknął... Był też mniejszy krzyż, powiesiliśmy go u dyspozytorów. Święcił go ksiądz infułat Franciszek Sudoł.  No, a my, członkowie Solidarności, byliśmy odtąd szykanowani. Dostawaliśmy gorsze służby, za byle głupstwo byliśmy karani, premie były nie dla nas...

Jak w noc stanu wojennego milicja przyszła z pomocą  

Przychodzi 13 grudnia, stan wojenny... U nas pracowało się o każdej porze, od 24 do 24. Do pracy się szło raz o 1 w nocy, raz o 1 po południu. I 14 grudnia o 2 - 3 w nocy idę do pracy. Na spotyka mnie wojskowy patrol. Oficer i dwóch żołnierzy. "Dokąd o tej porze pan idzie?". Mówię, że do pracy. "O tej porze do pracy?". Tłumaczę, że pracuję na kolei. "Panie, niech pan nie czaruje!" - mówi oficer. I pyta: "Co ma pan w torbie?!". Odpowiadam, że jedzenie. "Pokaż pan! Pan ulotki przenosi!". Panie, mam jedzenie w torbie - tłumaczę, bo faktycznie wtedy jeszcze ani gazetek, ani ulotek nie nosiłem.

Chciał mi torbę skontrolować, kiedy nadjeżdża patrol milicji ze stacji PKP, bo wtedy na stacji był posterunek. I ten milicjant mnie dobrze znał. Podjeżdżają, uchyla się szyba i milicjant zagaduje: "A pan dokąd idzie, panie Franciszku?". Ja mówię, że do pracy. "No to wsiadaj pan szybko!". Nyska miała z boku drzwi, ja szybko wskakuję, a co wojskowi zostali na chodniku...  Potem domagaliśmy się, żeby nam dawali upoważnienia, żeby w nocy nas się nie czepiali.  

Jak Solidarność zeszła do podziemia

W stanie wojennym tych, którzy zakładali Solidarność, Jaruzelski kazał pozamykać. Nas też by internowano, ale jakby nas pozamykali, to pociągi by stanęły, bo przecież wiadomo, że człowieka bez przygotowania  na lokomotywę nie wsadzą...

Nie brakowało wtedy ludzi  odważnych, którzy wciąż walczyli. Dzisiaj ci zwykli działacze, odważni, zapomniani ludzie, którzy siedzieli w więzieniach w stanie wojennym, mają bardzo niskie emerytury, no bo długo nie pracowali - z jednego zakładu go zwolnili, z drugiego zwolnili, bo był działaczem Solidarności, a takich dyrektorzy nie mieli prawa przyjmować. Ja aż takiej odwagi nie miałem, bo miałem czworo dzieci i musiałem pracować, a nie w kryminale siedzieć, no bo kto by rodzinę utrzymał? Nie zapominajmy też, że Lokomotywownia była tzw. zakładem zmilitaryzowanym i pracownicy musieli np. podpisać oświadczenie, że nie opuścimy lokomotywy. Czasem trzeba było w niej spać, no bo władze bały się sabotażu...

Ale starałem się pomóc, jak mogłem. Wzorem Regionalnego Komitetu Strajkowego we Wrocławiu postanowiliśmy wybrać przewodniczącego podziemnych struktur Lokomotywowni. Mój młodszy kolega Andrzej Zwierzyk zaproponował, żeby ja został szefem, ze względu na wcześniejszą, jeszcze legalną, działalność, no i doświadczenie. Wybrano mnie. A moim zastępca był nieżyjący już Tadziu Włuczkowski [jego nieżyjąca żona Ewa była radna miejską - red.], kiedyś świetny kolarz.

Jeszcze przed stanem wojennym każdy związkowiec płacił regularnie składki. Po pierwsze więc płaciliśmy nadal składki. Była osoba odpowiedzialna, która pieniądze zbierała. Co pewien czas spotykaliśmy się - zarząd podziemnych struktur i ustalaliśmy, że pomożemy np. rodzinie tej a tej osoby internowanej, że mamy tyle i tyle środków. Po drugie - bardzo ważna była podziemna prasa. Do Lokomotywowni dostarczał ją wspomniany Andrzej Zwierzyk. Gazetka "Z dnia na dzień" była bezpłatna, natomiast "Solidarność Walcząca" kosztowała bodaj 5 złotych. Dla osób płacących składki była też bezpłatna. Podawaliśmy sobie te gazetki z rąk do rąk, oczywiście było to nielegalne. No, trzeba było wiedzieć, komu można ją dać... Ja prawie zawsze przy sobie miałem jakąś gazetkę. Trzeba było dobrze ukrywać, bo w razie kontroli, od razu człowieka zamykali. Była też taka "wędrująca biblioteka" - kupowaliśmy książki drugiego obiegu i rozprowadzaliśmy je.  

Jak sztandar w figurze Chrystusa schowano

Po trzecie - ważną ostoją Solidarności był Kościół. Ja zawsze byłem człowiekiem religijnym i takim zostałem. Jeździliśmy do Wrocławia, na Aleję Pracy, na msze za ojczyznę. Odprawiał je Adam Wiktor, jezuita, w latach stanu wojennego proboszcz miejscowego kościoła św. Klemensa Dworzaka. Były też takie msze w kościele św. Jana.

No i to właśnie w tym kościele ukryto nasz sztandar. Sztandar Solidarności Fabryki Obuwia Odra zarekwirowała Służba Bezpieczeństwa już w poniedziałek [w niedzielę 13 grudnia ogłoszono stan wojenny - red.]. Sztandary węzła PKP i naszej Lokomotywowni ksiądz infułat Sudoł zgodził się ukryć w kościele św. Jana. Nasz był schowany w figurze Chrystusa, którą złożono w Bożym Grobie. Niestety, dzisiaj dalsze losy sztandaru są nieznane...

Kościół w tamtych latach to też niezapomniane spotkanie z Janem Pawłem II. Był 1982 rok, grudzień. Mijał niecały rok od wprowadzenia stanu wojennego. Byliśmy w Watykanie 8 grudnia. Pielgrzymkę zorganizowała parafia, głównie ksiądz Franciszek Sudoł. Religijny i patriotyczny charakter miał wyjazd na grób śp. Grzesia Przemyka, pobitego na śmierć przez milicjantów. Planowaliśmy pojechać na pogrzeb, no ale nie dali nam wolnego. Pojechaliśmy dwa tygodnie po pogrzebie.

                                                                                  ***

Kiedy w 1989 roku Solidarność się odradza, Franciszek Praczyk wciąż jej jej członkiem. Ale już nie aktywnym działaczem, bo jego przygoda z Lokomotywownią za rok dobiegnie końca. Dzisiaj to 88-letni dziarski emeryt, miłośnik książek, od początku wierny czytelnik Panoramy Oleśnickiej.

Bo taki pan Franio już jest - jak Lwów: semper fidelis, czyli zawsze wierny... 

Roman Rybak

Zdjęcia (4)

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (3)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

AD
AD 18.09.2019, 16:37
Super facet ! Takich już dzisiaj coraz mniej
Adam
Adam 28.04.2019, 21:33
Bardzo miły człowiek . Miałem to szczęście jeździć na lokomotywie z panem Franciszkiem jako uczeń. Wspaniały człowiek.
Czytelniczka
Czytelniczka 28.04.2019, 16:19
Bardzo mily i uprzejmy czlowiek

Pozostałe