Zaledwie dwa głosy zdecydowały o przyszłości polskich miast i gmin. Próba zabetonowania samorządów została powstrzymana, ale polityczni gracze już szukają luk w prawie.
To nie było zwykłe głosowanie. W Sejmie rozegrał się prawdziwy polityczny dreszczowiec z dreszczykiem emocji, który może zaważyć na kształcie polskiej demokracji lokalnej na najbliższe lata. Minimalną przewagą – zaledwie 215 do 213 głosów – posłowie odrzucili próbę skasowania limitu kadencji dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast.
To twardy policzek wymierzony politycznym cwaniakom, którzy chcieli zaorać zasady wprowadzone w 2018 roku i z władzy wykonawczej w samorządzie na powrót zrobić dożywotnie folwarki.
Widziałem powolne gnicie lokalnych układów
Od ponad 15 lat jestem aktywny w samorządzie w różnych rolach, a od 2016 roku pracuję jako pracownik samorządowy. Widziałem już naprawdę wiele: od ambitnych, ideowych inicjatyw po powolne gnicie lokalnych układów, w których urzędy z czasem stawały się prywatnymi dworami włodarzy.
Dlatego z pełną odpowiedzialnością i na bazie własnego doświadczenia twierdzę: wprowadzony w 2018 roku limit dwóch kadencji to absolutny fundament zdrowej lokalnej demokracji.
Maski opadły. Czemu tak bardzo bali się zmian?
To minimalne zwycięstwo pokazuje jednak, jak blisko było powrotu do starych, złych nawyków. Maski opadły. Próba zniesienia dwukadencyjności nie miała nic wspólnego z troską o gminę czy miasto. Była to czysta, cyniczna kalkulacja poselskich elit.
Strach przed popularnymi włodarzami, którzy po dwóch kadencjach musieliby powalczyć o mandaty w Sejmie i wykurzyć z nich zasiedziałe, partyjne miernoty, okazał się paraliżujący. A szantaż ze strony PSL-u? Twierdzenie, że uratują limit w samorządach tylko wtedy, gdy nałoży się go na parlament, to szczyt politycznej hipokryzji i próba ucieczki przed odpowiedzialnością pod płaszczykiem fałszywej symetrii.
Przypomnijmy istotny fakt, o którym obrońcy starych układów wolą milczeć: dwukadencyjność nie oznacza wyrzucenia doświadczonych samorządowców na margines. Zasada obowiązująca od 2018 roku dotyczy wyłącznie jednoosobowych stanowisk wykonawczych. Nic nie stoi i nigdy nie stało na przeszkodzie, by człowiek z wiedzą i dorobkiem po dwóch kadencjach startował do Rady Miasta, Rady Powiatu czy Sejmiku Wojewódzkiego. Chodzi jedynie o to, by jedna osoba nie skupiała w swoich rękach pełni władzy wykonawczej przez całe dekady.
"Surogat włodarza", czyli betonowanie układu tylnymi drzwiami
Niestety, polityczna chciwość nie zna granic i już teraz widać, jak lokalne elity próbują zrobić mieszkańców w konia. W niektórych samorządach z dnia na dzień zaczęły się pojawiać nagłe powołania na stanowiska zastępców wójtów, burmistrzów i prezydentów.
Scenariusz jest banalnie prosty:
- Namaścić swojego zastępcę do startu na fotel włodarza.
- Przepchnąć go w wyborach.
- Samemu wskoczyć na fotel „pierwszego zastępcy” lub doradcy i rządzić z tylnego fotela.
To próba betonowania układu tylnymi drzwiami i drwina z ducha reformy z 2018 roku! Jako mądry naród musimy to bardzo uważnie obserwować i nie dać się nabrać na te tanie sztuczki.
Urząd to czasowy kontrakt, nie synekura
Zarządzanie gminą czy miastem nie jest i nigdy nie może być sposobem na wygodne życie „od studiów do emerytury”. Dwie kadencje na stanowisku włodarza to aż nadto, by pokazać kompetencje, przeprowadzić kluczowe reformy i zrealizować obietnice. Jeśli ktoś potrzebuje na to kolejnych dekad na stołku, to znaczy, że po prostu się do tego nie nadaje. Brak limitów to prosta droga do stagnacji, kolesiostwa i tworzenia układów zamkniętych.
Zasada na poziomie lokalnym musi być prosta: jednoosobowy urząd to czasowy kontrakt z mieszkańcami, a nie dożywotnia synekura. Zrobiłeś swoje jako burmistrz czy prezydent? Ustąp miejsca nowej energii, wykorzystaj swoje doświadczenie w radzie lub sejmiku albo po prostu wróć do poprzedniego zawodu.
Odrzucenie zakusów na samorządową dwukadencyjność – choć minimalne – to ważna wygrana bitwa o jakość lokalnej polityki. Pokazuje jasno, że czas skończyć z traktowaniem publicznych stanowisk jako bezalternatywnej ścieżki kariery. Polityka ma być realną służbą społeczeństwu, a nie bezpieczną przystanią dla tych, którzy boją się konkurencji.
Kto do skutecznego zarządzania lokalną wspólnotą z fotela włodarza potrzebuje trzeciej kadencji lub szuka luk w prawie, by rządzić z tylnego fotela, ten nie służy ludziom – ten służy wyłącznie własnej wygodzie i własnemu układowi.
![Koniec politycznego cwaniactwa! Samorząd to nie dożywotnie księstwo [OPINIA] Koniec politycznego cwaniactwa! Samorząd to nie dożywotnie księstwo [OPINIA]](https://static2.olesnica24.com/data/articles/xl-koniec-politycznego-cwaniactwa-samorzad-to-nie-dozywotnie-ksiestwo-opinia-1792741327.jpg)