Kolejna pikieta proliferów odbyła się pod Powiatowym Zespołem Szpitali w Oleśnicy.
Cały dzień prezentowano drastyczne, krwiste zdjęcia, które – alarmuje lokalny aktywista Arkadiusz Kembłowski – znajdowały się dosłownie rzut beretem od szkoły i przedszkola.
„Na te obrazy były narażone małe dzieci, które nie powinny być zmuszane do oglądania tak drastycznych treści” – napisał Kembłowski w emocjonalnym wpisie oznaczonym hasztagiem #BezpiecznaPrzestrzeń.
Przypomina on, że to nie pierwsza taka akcja w mieście. Antyaborcyjne protesty (najczęściej organizowane przez fundację Pro-Prawo do Życia lub środowiska związane z Kają Godek) od lat odbywają się pod oleśnickim szpitalem, a plakaty z makabrycznymi wizerunkami stały się codziennością w okolicy placówek oświatowych.
Równocześnie w rekordowo krótkim czasie zebrano bard o dużo podpisów pod obywatelską inicjatywą uchwałodawczą, która miała zakazać eksponowania takich materiałów w przestrzeni publicznej. Mimo to – jak podkreśla Kembłowski – wybrani w wyborach radni i władze milczą.
„Dlaczego przedstawiciele mieszkańców nie podejmują realnych działań? Czy głos mieszkańców przestał mieć znaczenie?” – pyta wprost aktywista.
Jego stanowisko jest jasne: to nie walka o wolność słowa czy światopogląd, tylko elementarna ochrona dzieci i szacunek dla woli większości lokalnej społeczności.
„Niewielka grupa osób nie może terroryzować całej okolicy. Oczekujemy konkretów, a nie milczenia” – grzmi Kembłowski.
Sprawa dzieli Oleśnicę od dawna. Z jednej strony rodzice skarżą się, że ich pociechy płaczą lub mają koszmary po widoku banerów i pikiet. Z drugiej – organizatorzy pikiet twierdzą, że pokazują „prawdę o aborcji” i walczą o życie nienarodzonych.





